ostatnia łza
,dariusz j.szewc
           


DARIUSZ JÓZEF SZEWC

.

OSTATNIA ŁZA

 

KOZIENICE  2002
 


 

  Główne drzwi wejściowe umieszczone w centralnej części potężnego domu rodzinnego - rezydencji Mazowieckich otworzyły się i stanął w nich Dawid Mazowiecki Senior.

Mężczyzna wiekowy, wysokiego wzrostu, przystojny. Twarz jego o mocnych rysach i wydatnym nosie wyglądała dumnie i biła spokojem. Taki sam spokój malował się w jego niebieskich oczach głęboko osadzonych i zwieńczonych krzaczastymi ciemnymi brwiami.

Wysokie czoło rozjaśniała platynowa biel włosów dokładnie przystrzyżonych i starannie uczesanych. Granatowy garnitur lekko połyskujący w nieskąpych promieniach słonecznych oraz pedanteryjnie wyglansowane buty podkreślały elegancję.

       Wykonawszy dwa, trzy kroki, staruszek skinął znacząco ręką w kierunku lewego skrzydła posiadłości, wzdłuż którego stały zaparkowane auta. Wiedział, że gdzieś tam, pośród nich jest Henryk, kierowca, z którym nota bene bardzo lubił podróżować.

Po pierwsze, dlatego, że Henryk nie był nadto gadatliwy. Po drugie, że prowadził auto bezpiecznie, choć zdecydowanie, ale też z pewną gracją, rzekłbyś wręcz z elegancją, zapewniając tym samym odpowiedni komfort podróży. I po trzecie, dlatego, że był zawsze wtedy, kiedy go potrzebowano i zdążał na czas do celu podróży.

W kilkanaście sekund po tym geście, podjechało auto, z którego energicznymi ruchami wyszedł oczekiwany kierowca.

Jak zawsze w nienagannie skrojonym garniturze ze srebrnymi guzikami. Stanął w postawie, która za niego mówiła - Dokąd Pan sobie życzy?

-  Henryku! Zawieź mnie proszę do „Zakątka”.   

    Zadzwoń do Saszy, żeby rozpalił w kominku.

    Czuję się nie najlepiej i chciałbym trochę odpocząć.

-  Proszę uprzejmie – odrzekł Henryk otwierając szeroko drzwi

grafitowego Lexusa model  LS 430. Upewniwszy  się, że jego dostojny pasażer usadowił się już wygodnie na tylnej  kanapie, zamknął delikatnie drzwi i zasiadł na swoim miejscu. Wykonał telefonicznie odpowiednią dyspozycję, po czym uruchomił silnik i  ruszył  w kierunku „Zakątka”.

 

1

 

Henryk był nie tylko kierowcą. Był też świetnym sekretarzem – asystentem. Doskonale pamiętał wszystkie terminy i jeśli trzeba było, lakonicznie acz dyskretnie przypominał o zaplanowanych zajęciach, spotkaniach itp.

Żaden elektroniczny organizer nie byłby w stanie konkurować z Henrykiem. Poza wspomnianymi umiejętnościami,  potrafił doskonale znaleźć się w każdej sytuacji, w której bywali jego pracodawcy i skutecznie radzić sobie z najróżniejszymi problemami.

Między Dawidem a Henrykiem była jak to się mówi ta sama chemia. Rozumieli się bez słów. To nie łatwa sztuka.

             W aucie zapanowała refleksyjna cisza współbrzmiąca w tym momencie z relaksującymi dźwiękami „Time To Say Goodbye” w wykonaniu duetu: Sara Brightman i Andrea Bocelli.

Henryk spojrzał przez chwilę na wsteczne lusterko.

Zobaczył  w nim nieruchomą twarz Dawida z szeroko otwartymi oczami patrzącymi do wewnątrz.

Zmartwił się trochę, bo wiedział, że nie jest to normalne jego zachowanie.

             Na co dzień Dawid był zwykle zawsze pogodny, uśmiechnięty i można było od niego ładować swoje akumulatory optymizmu i czerpać pozytywne nastawienie do życia.

Mimo podeszłego wieku wykazywał jeszcze tyle energii, że nie jeden młody człowiek złapałby zadyszkę podążając za nim.

Lubił, gdy coś się działo. Oddawał się temu bez reszty.

W wirze pracy wykorzystywał każdą chwilę do działania.

Nawet jadąc samochodem „głośno myślał”, zadawał pytania, konsultował na gorąco swoje pomysły.

Przy tym był perfekcjonistą w każdym calu.

Trudno było więc sprostać jego wymaganiom, nawet jeśli dotyczyło to jego samego.

Był  tytanem pracy. Nie wytracał czasu na drobiazgi pracując nad jakimś konkretnym przedsięwzięciem. Pot, jaki dawał z siebie powodował, że znacznie spadał na wadze, nawet kilkanaście kilogramów na miesiąc.

Twarz Dawida pozostawała cały czas jakby w smutku.

Gałki oczne poruszały się na znak, że coś dzieje się w jego wnętrzu.

 

2

 

Henryk zrozumiał, że Dawid prowadzi właśnie dialog z samym sobą.

Pierwsze  takty piosenki natychmiast przeszyły duszę Dawida.

Będąc wnikliwym obserwatorem, można było to zauważyć.

Cały jego układ mięśniowy drgał napinając się i kurcząc w rytm utworu. To wynikało z jego zamiłowania do muzyki, ale również z jego niezwykłej wrażliwości muzycznej.

Był teraz dyrygentem wielkiej orkiestry filharmonicznej.

         Przychodzi jednak moment, w którym żeby nie wiem jak głośny akord zabrzmiał, to nie słyszysz nic.

Włączył się projektor podświadomości. Jeden obraz, drugi, kolejny.

Nie ostry. Następny i znów inny. Za szybko następują po sobie.

Nic nie widzisz. Nie możesz się skupić. Tyle tego wszystkiego na raz. W jednym momencie. Z kosmiczną prędkością przesuwają się kadry filmu, w których próbujesz coś zobaczyć, lecz nic z tego.

Co chwila identyfikujesz jednak jakąś postać, zdarzenie, sytuację. Zatrzymujesz się na sprawach spapranych przez bliskie ci osoby. Wyrzucasz sobie to, co mimo twoich usilnych starań, trosk nie wyszło tak jak chciałeś. Bierzesz to na siebie, choć to nie twoja para kaloszy.

Tak rozumiesz odpowiedzialność i honor. Płacić za siebie wszystkie rachunki. Co do joty.

         Znów pustka. I pytania, pytania, pytania. Czy możesz poczuć się w końcu wolny od zobowiązań? Czy możesz odetchnąć w poczuciu spełnionego obowiązku?

Czujesz, że coś się ciągle wlecze za tobą i nie ma końca.

Ale w tej chwili nic takiego nie przychodzi do głowy.

          Myśl, jaka teraz powstała w głowie Dawida, to ta, że dziś jest dzień, w którym jest wolny od jakichkolwiek problemów.

Że nie ma żadnej sprawy, która nie byłaby należycie załatwiona.

Na to czekał. Uświadomił sobie, że długo czekał. Nie chce powiedzieć, że całe swoje życie, bo znaczyłoby to, że właśnie ono - życie skończyło się już albo niebawem skończy.

          W tej chwili, podświadomość podsunęła Dawidowi obraz domu rodzinnego, który kilkanaście minut temu opuścił.

Hol wielki, bawialnia, salon. Marmurowe posadzki. A wszystko oświetlone olbrzymimi kryształowymi kandelabrami.

 

3

 

Ludzie, ludzie. Uśmiechnięte twarze. To mało powiedziane. Promieniujące radością. Szczęśliwe i podekscytowane.

Wszystkim uczestnikom przyjęcia udzielił się ten nastrój.

Tak silne uczucie radości, że aż budzi odpychające zdziwienie osób nie bardzo wtajemniczonych w to całe zajście.

I ten zgiełk, harmider.

- Nie dla mnie – stwierdził Dawid. 

Próbował, co prawda nawet z niektórymi gośćmi nawiązać jakąś rozmowę, ale ciągle ktoś podchodził, przechodził, jeden drugiego czymś szybko zagadywał, że trudno było się skupić nad przemyślanym stwierdzeniem na jakikolwiek temat.

Nie czuł się najlepiej w takich sytuacjach.

Nie był typem salonowca. Ot, skromny, prostolinijny człowiek czynu. -  Od roboty - jak nie raz mawiał o sobie.

„Salonem”, jaki tolerował, był jego gabinet, w którym powstawały wszystkie plany, koncepcje albo większość.

Teraz jednak jego myśli skierowały się na living room w „Zakątku”. Zatęsknił do ciepła, jakie dawał mu ten salonik.

Ciepła, którego tak mocno pragnął będąc dotknięty chorobą sierocą. Dziwisz się, że stary człowiek może czuć takie potrzeby.

Przecież bez względu na wiek jesteś zawsze dzieckiem.

Do końca twoich dni pozostaje z tobą albo nie, matczyna miłość – wraz z danym życiem, największy dar dla dziecka.

Bez niej jesteś chory przez całe życie i potrzebujesz się mocno kontrolować żebyś nie zwariował.

Ukrywany wiele lat fakt adopcji, niezrozumiałe przez ten czas prztyczki ludzi, obawa przed następnymi przykrymi epitetami, to wszystko chyba sprawiło, że generalnie był zamknięty w sobie. Często postrzegano go jako izolującego się od reszty samotnika skrywającego przed światem nie wiadomo jakie tajemnice.

Stawało się to też przedmiotem dociekań osób nastawionych na wynajdywanie sensacji.

Dlaczego nigdy, nigdy nie zdarzyło się tak, żeby ktoś powiedział:

-  Słuchaj, zazdroszczę ci, że masz rodziców, którzy tak troszczą się o ciebie, tak dbają, tak bardzo cię kochają. Na pewno jesteś szczęśliwy.

4

 

Jeden tylko człowiek, dziś już nieżyjący, lekarz rodzinny - pediatra, który doglądał w zdrowiu i chorobach Dawida, powiedział mu kiedyś: - Gdy twoja matka przynosiła cię do mnie jak byłeś malutki albo jak przyprowadzała cię do mnie jak już podrosłeś, to aż miło było ciebie dotknąć. Zawsze pachnący, wychuchany. Takie czyste, śliczne ubranka. Tak dbała o ciebie.  Ależ ona cię kochała!

          

            Auto zjechało z głównej drogi w miejscu gdzie stała kapliczka z Jezusem Frasobliwym. Ten szczególny znak przydrożny zwracał na siebie uwagę kierowców, dlatego też łatwo było znaleźć drogę prowadzącą do „Zakątka”.

Tutaj zaczyna się długa aleja lipowa wiodąca prosto do podmiejskiej posiadłości.

Lexus  zatoczył  łuk  wokół  obszernego owalnego gazonu z kwiatami i zatrzymał się  przed zadaszonym wejściem do domu, gankiem, który w czasie deszczu pozwalał swobodnie wyjść z auta nie zmoknąwszy.

             „Zakątek” - tak potocznie nazywano ten niewielki biały dworek modrzewiowy.   

Parterowy o zrębowej konstrukcji.

Posadowiony na solidnej, ale nie wysokiej podmurówce, do wnętrza  którego wiodły dosłownie dwa schodki.

Nie trudno w jego architekturze dopatrzyć się stylu zwanego „domem polskim”. Zdradza to wiele elementów, ot chociażby łamany „polski” dach z czerwonej dobrze wypalonej dachówki.

Obróbki blacharskie, rynny, wykonane z  miedzi. Jego elewacja tradycyjna, biała, gładko tynkowana.

Dworek wpisany jest bardzo dobrze w krajobraz. Patrząc od strony wjazdu (północnej), budynek położony w kierunku na godzinę jedenastą, zachowuje tym samym orientację północ-południe.

             Część południowa posiadłości, to rozpostarty na kilkunastu hektarach płaskowyż o dużej różnicy poziomów z obniżeniem terenu w stronę doliny strumienia wijącego się meandrami przed rysującą się ciemnozieloną ścianą lasu mieszanego,  jednak z przewagą sosny, wyznaczającego skraj puszczy zamykającej widnokrąg.

 

5

 

Dzięki tak ukształtowanemu terenowi,   zachód słońca trwa tutaj do zachodu słońca - zawsze bardzo długi dzień.

Po prawej stronie tego widoku, rozlewisko utworzone  przez tamę, którą wybudowały  żyjące tu bobry. Rozlewisko - lustro, dzięki któremu masz dla siebie w dzień dwa słońca a nocą dwa księżyce, nie mówiąc o i tak niepoliczalnej ilości gwiazd.

Patrząc w kierunku rozlewiska, szeroko rozpostarta zieleń bujnych traw, działała niezwykle kojąco,  uspakajająco.

Każdy kto tutaj gościł,  zachowywał się podobnie.

Chwila w foteliku czy na leżaku rozłożonym na tarasie i za moment zapadał w sen.

          Na przełomie kwietnia i maja, czuć było dookoła zapach kwiatu sosny. Jego żółte pyłki unosiły się w powietrzu i opadały wszędzie.

Mniej więcej jedną trzecią posiadłości zajmuje rozległy padok, rozpostarty równolegle do rozlewiska.

Można  więc doskonale obserwować zachowanie koni.

Jak tarzają się na grzbiecie w piachu, jak strzelają zadami w kłusie, jak  podszczypują się, jak reagują na każdy nawet najcichszy dźwięk otoczenia strzygąc uszami, rozwiane grzywy....

Coś wspaniałego. Ktoś zresztą kiedyś zauważył, że:

trzy są najpiękniejsze rzeczy na świecie: fregata pod żaglami,

koń w biegu i kobieta w tańcu”.

Rzec by można, że tutaj, wszystkie te trzy rzeczy byłyby możliwe a być może nawet się zdarzały.

          Dawid wysiadł z auta. Podziękował Henrykowi skinieniem ręki i skierował się ku wejściu do domu. Auto odjechało.

W tym czasie w drzwiach domu stanął Sasza i przywitał go radosnym:

-  Dzień dobry Pan. Ja uż napalił ahoń. Można addyhat’!

-  Dzień dobry  Sasza. Dziękuję.

Akcent Saszy  zdradzał jego ukraińskie pochodzenie. Rysy twarzy również to potwierdzały. Czarna czupryna, wysokie czoło, silne brwi i orli nos. Wygląd iście zawadiacki, choć zważywszy na wiek, bardzo młodzieńczy. Wypisz, wymaluj – Kozak. Z jednej strony dumny a z drugiej z miłością i oddaniem wpatrzony w Dawida.

 

6

 

Dawid imponował Saszy wieloma rzeczami.

Na przykład tym, z jaką łatwością radził sobie w siodle z młodymi, nawet najbardziej narowistymi końmi.

Dla Saszy było to aktem wielkiej odwagi. Zresztą, widać było wyraźnie jak Sasza prawie na każdym kroku we wszyskim naśladował Dawida.

Wynikało to z chęci dorównania jemu, bycia takim samym człowiekiem jak Dawid.

-         Czy wszystko w porządku Sasza?

-         Tak - odparł dziarsko Sasza. - Siodłat’ koni? – zapytał zwyczajowo gdyż była to pora na  przejażdżkę.

-         Nie. Dzisiaj nie. Wypuść je na padok. Niech trochę pobiegają a później na łąkę. Poszczypią sobie trawę.

-         Dobre Pan. To ja idu - to powiedziawszy, Sasza udał się w stronę stajni.

                          Dawid wsparł się ręką o ścianę i stanął nieruchomo.

Z opuszczoną głową, powoli zdjął buty i założył ciapy.  

Rozluźnił krawat i rozpiął guzik u kołnierzyka koszuli.

Odwrócił się w stronę saloniku, by  po chwili udać się właśnie tam. Lubił tu odpoczywać.

To miejsce ma swój specyficzny klimat, do stworzenia, którego sam się przyczynił.

Ten dom, wszystko w nim i wokół, to jego projekty.

W najdrobniejszych szczegółach, drobiazgach wykonane tak jak na jego rysunkach. Ten salonik też.

             Północna ściana zabudowana przez rzemieślników oszkloną biblioteką, w której znajdują się półki z encyklopediami, leksykonami, słownikami, literaturą klasyczną.

Dużą część zajmują klasery filatelistyczne i albumy fotograficzne.

Jedna z sekcji wygląda jakby inaczej.

To  centralna część biblioteki. Jedna książka leży, druga stoi, inna wsunięta głębiej a wszystkie one chaotycznie poukładane, co może świadczyć o tym, że dość często ktoś po nie sięgał. Znajdują się tam książki takich autorów jak Joseph Murphy, Dale Carnegie, Norman V. Peale, Anthony Robins, kilka tytułów Oga Mandino, Ziga Ziglara

i wielu , wielu innych.

7

 

Na  półce poniżej, od razu rzuca się w oczy biblia, stary i nowy testament, biblia - jeszcze jedno wydanie - na pierwszy rzut oka znacznie podniszczona.

Gdzieniegdzie w mosiężnych ramkach stoją na półkach fotografie, na których widnieje dziesiątki różnych postaci. Identyfikacja ich zajęłaby na pewno wiele czasu.

Obok na ścianie, podświetlane od góry lampkami, wiszą malowane olejem portrety rodziców, dziadków. Kryptonimy z datami, zawarte w kącikach portretów, bez trudu można rozszyfrować. D. M. to przecież inicjały imienia i nazwiska – Dawid Mazowiecki.

Pod nimi kanapa obita skórą, przed którą stoi kwadratowa masywna ława z marmurowym blatem.

Obok, fotel skórzany na dębowym stelażu ustawiony na wprost paleniska, z pufą pod nogi dla wygody – a wszystko to, to solidna holenderska stolarka.

Dawid zasiadł wygodnie w fotelu przed kominkiem.

Wykonał kilka głębokich oddechów unosząc za każdym razem głowę do góry, po czym utkwił wzrokiem we wnętrzu ognia.

Dziesiątki języków płomieni, miliony iskier a każda z nich to inny epizod  z jego życia, inna myśl, przemykająca w jednej chwili lotem błyskawicy. I jeszcze jedna nie zgaśnie, już druga rozbłyska i nie jesteś w stanie tego zahamować.

           Ciepło, ogień, światło. Jak patrzysz na ogień? Czy zawsze kojarzy ci się z żywiołem sprowadzającym nieszczęście? Boisz się ognia? Nie bój się i nie lękaj się. To dar od Boga. Światło wypływające z płomienia powinieneś utożsamiać właśnie z istnieniem Boga. Czegóż się obawiasz, kiedy On ci towarzyszy?

Na chwilę w umyśle Dawida zapłonął boski płomień.

Na jego twarzy pojawił się lekko zarysowany w kącikach ust uśmiech wyrażający wdzięczność i zadowolenie.

Pomyślał w tej chwili, że jest szczęśliwy, ponieważ gości w sobie Jezusa Chrystusa. Ogarnął go spokój, beztroski spokój.

            Znów pojawia się obraz wnętrza domu rodzinnego.

Dawid rozpoznaje wiele twarzy. Wszyscy oni tacy zadowoleni, uśmiechnięci. Dla każdego z nich ten dzień był szczęśliwym finałem ważnej sprawy.

8

 

Toasty, pocałunki, uściski dłoni, gratulacje, życzenia, zachwyty.  Bezmiar radości. Dzisiaj nie pamiętają o niczym. Zapomnieli na tą chwilę o całym świecie czcząc swoje sukcesy. O czym zapomnieli? A może o kim?

               

                  Elżbieta Bukowska stojąc z kieliszkiem szampana w towarzystwie Ewy i Mariusza Kołakowskich oraz Senatora Bielskiego, zwróciła uwagę na dziecko, które miotało się nerwowo pośród ludzi.

-         Dziadek! Dziadek!- usłyszała wołanie dziecka.

-         To przecież mały Wojtuś Junior Mazowiecki – powiedziała informacyjnie Elżbieta.

Ciszę, jaka zapadła w tej chwili w salonie przerwało znów wołanie Wojtka:

-     Dziadziuś! Gdzie jesteś?!

Wszyscy zwrócili teraz oczy na dziecko, do którego podeszła w tej chwili Elżbieta oddawszy swój kielich w ręce Mariusza i pochylając  się nad dzieckiem zapytała:

-         Kogo szukasz Wojtusiu?

-         Dziadziusia! – odparł tupnąwszy stanowczo nogą.

-         Którego dziadziusia Wojtusiu? – zapytała spokojnie Elżbieta.

-         Dziadka Dawida! – odpowiedział tak jakby to miało znaczyć, że chyba to oczywiste o kogo chodzi.

-         Ah - westchnęła jakby z ulgą - szukasz pradziadka Dawida. Teraz już wszystko wiemy. Zaraz pomogę ci go odnaleźć – rzekła, aby czym prędzej uspokoić malca.

Elżbieta wzięła dziecko za rękę i uniosła wysoko głowę wspiąwszy się nieco na palcach, aby łatwiej dostrzec Dawida.

-         Musi być gdzieś w pobliżu bo przecież jeszcze przed chwilą  miałam go w zasięgu wzroku – powiedziała ni to do siebie ni do Wojtka obracając głowę we wszystkie strony. 

Elżbieta lubiła wiedzieć na bieżąco gdzie znajduje się Dawid. Potrzebowała tego. Dzięki temu czuła się bezpieczniej.

Poczucie bezpieczeństwa jest nie tylko dla kobiety rzeczą szczegól-

-nie ważną a może najważniejszą.

Chyba właśnie dlatego chciała mieć go zawsze blisko siebie.

 

9

 

Przekonała się nie raz, że życie to nie bajka, to bitwa i że trzeba twardo stać na gruncie z wiarą, że jest przy tobie zawsze ktoś, kto cię nigdy nie zawiedzie.

- To Bóg - tak do niej mawiał, lecz ona potrzebowała mieć świadomość, że gdzieś, zawsze w zasięgu ręki, czy na telefon, jest Dawid.

           Jego niewytłumaczalna nieobecność spowodowała w niej zaniepokojenie.

Intuicja podpowiadała Elżbiecie, że jest chyba coś nie tak.

Coś złego dzieje się, ponieważ nie czuje z nim kontaktu.

-         Nie! - uświadomiła sobie, że tak podle mogłaby się czuć tylko wtedy, kiedy naprawdę zabrakłoby jego pośród żywych.

-         Cholera! Co mi po łbie chodzi?! – widać było w jej oczach złość do samej siebie.

-         Gdzie jest Dawid?! – zapytała głośno wszem i wobec i znów nerwowo zaczęła wodzić dokoła szeroko otwartymi oczami  przemieszczając się przy tym w zasadzie w nieprzemyślanych kierunkach. Nic jej do głowy nie przychodziło gdzie ma się udać, aby go odnaleźć.

-         Edward! - zawołała do męża - Nie widziałeś Dawida?

Edward wzruszył ramionami na znak, że nie.

Na jego twarzy pojawił się grymas, który mówił:

-         Nie krzycz na mnie. Ja naprawdę nie wiem gdzie on jest.    

      Przepraszam bardzo Elżbietko. Nie gniewaj się na mnie.

-         Ty nigdy niczego nie wiesz!

      Jak ty żyjesz na tym świecie!

      Zrób coś, bo dziecko płacze za dziadkiem a i ja potrzebuję    

      zamienić parę słów z Dawidem a jego tu nie ma!

      – tak powiedziała, ale w zasadzie chodziło jej o to, żeby wiedzieć    

      gdzie jest Dawid, ponieważ zaniepokoiła ją jego  nieobecność.

-         A może źle się czuje? - pomyślała. - Nie! To gdzie jest?!

      Może gdzieś w tym rozległym domu a może w parku gdzieś na  

      ławce biedak znalazł oparcie i nikt się nim nie opiekuje?

-         Ja chyba oszaleję!

      Edward!!!

      Jeszcze i on mi się zgubił?!

 

10

 

-    Widziałem jak Edward wychodził a raczej wybiegał przed dom,      

      kiedy ja właśnie stamtąd przychodziłem do bawialni - spokojnie   

      oznajmił ksiądz Włodzimierz.

-         Dziękuję księdzu - odrzekła Elżbieta – A Dawida tam nie było? - zapytała jakby przy okazji.

-         Nie, nie widziałem – odpowiedział odwracając się za Elżbietą, która energicznie podążała w stronę głównego wyjścia z domu trzymając za rękę Wojtka.

Edward Bukowski rozglądał się w poszukiwaniu Dawida stojąc przed wejściem głównym do willi.

-    Na pewno Dawid nie chciał absorbować sobą niczyjej uwagi w  tym pięknym dniu i po prostu wyszedł, tak aby tego nie  zauważono - pomyślał - Nigdy nie lubił stawać w świetle  jupiterów.

Oddawał to, co miał wszystkim,  którzy tego potrzebowali.

Ot, taka natura. Zrobił, co było do zrobienia i odszedł.

Tak zawsze postępował.  Nigdy nie robił zamieszania wokół siebie.

Wkurzał mnie nieraz skutecznością działania i rezultatami.

Miałem wrażenie, że wszystko tak łatwo mu przychodzi.

Ja jestem inżynierem. Robię ze swoim zespołem poważne projekty, mam uznanie właściciela firmy a kiedy patrzyłem na Dawida, to czułem się tak, jakbym zamiast smaku sukcesu czuł smak porażki. Tak było do momentu, kiedy kilkanaście lat temu zbliżyłem się do niego goszcząc w wakacje. To trwało dosłownie kilka dni. Dawid zaczął mi się wydawać jakby inny niż go znałem.

Patrząc na niego i obserwując przy codziennych zajęciach, wzrok przenikał jego postać jak szkło, na przestrzał i nie widać było w jego wnętrzu nic, co byłoby czymś innym od kryształu. Tak - tak. Nie - nie. Nic po środku. Ustawione właściwie priorytety i to cała tajemnica sukcesu! A my chodzimy wokół w gruncie rzeczy prostych spraw i nic nie zauważamy. A do tego mamy pretensje, że coś nam nie wychodzi w życiu. Proste! Aż denerwująco proste. Układanka z kilku klocków. Zabawka dla dziecka na poziomie dwu lat! - A ja mam pięćdziesiąt! Całe szczęście, że uświadomiłem sobie wtedy to wszystko. Lepiej późno niż wcale. Przede mną jeszcze wystarczająco dużo czasu - tak pomyślałem - aby poukładać swoje klocki. I dzięki Bogu, że zetknął nas wtedy ze sobą.

 

11

 

Dzisiaj jest ze mną Elżbieta, mój syn, synowa, wnuk, siostra z rodziną, przyjaciele. A jeszcze nie tak dawno byliśmy rozrzuceni po całym świecie i prawie bez kontaktu.

W imię czego?! Brnęliśmy, każde z nas do nikąd.

W pogoni, za czym? Za pieniądzem? Lepszym życiem?

A co to wszystko znaczy przed Bogiem? Nic!!!

Rodzina nade wszystko! Dzisiaj nie muszę się o tym przekonywać. Oddałem cały majątek swojego życia, aby tak się stało.

Czuję się teraz najbogatszym człowiekiem na świecie, ponieważ Bóg dał mi siły i zdrowie i mam przy sobie całą rodzinę.

-         Czekaj. Tak naprawdę to ja przecież nie podziękowałem ci za to wszystko - uświadomiwszy to sobie, Edward poczuł się jakby głupio.

-         Gdzie jesteś?! Dawid! – ta myśl spowodowała gwałtowniejsze ruchy w poszukiwaniu Dawida.

Przechodząc przez salon z talerzykiem w ręku, na którym była wielka porcja tortu,  ksiądz Włodzimierz natknął się na żonę Dawida  i po przełknięciu dużego pysznego kęsa zapytał:

-         Czy coś się stało Aniu? Pani Elżbieta przed chwilą wypytywała nerwowo o swojego męża i o twojego? Była jakaś dziwna. Zaniepokojona czymś?  Czy....? Nie wiem.

Anna spojrzała szeroko otwartymi oczami na Włodzimierza próbując pozbierać myśli.

Co jest z tych informacji najważniejsze?

Czy to, że Elżbieta szuka nerwowo Edwarda? - Widocznie jest jej potrzebny. Jak zwykle - odpowiedziała sobie szybko.

 -  Dawid! - Nie ma go tutaj! Zrozumiała, że Elżbiecie bardziej chodzi o Dawida niż o Edwarda.

Łączyła ich ze sobą podobna historia z dzieciństwa.

Odrzuciły ich matki biologiczne.

Rodziny zastępcze ukrywały ten fakt przed nimi, ale nie skutecznie. Nie raz byli przez rówieśników wyzywani od bękartów.

To było bolesne. Przed tym nie mogli się obronić.

Świadomość, że nie wiesz skąd przybywasz, czym genetycznie jesteś obciążony - to mogli czuć ludzie tylko tacy sami jak oni.

 

12

 

Jak odpowiedziałbyś na pytanie zadane przez lekarza, który robi z tobą prosty wywiad. Pyta o przebyte choroby i za chwilę o chorobach dziedzicznych w twojej rodzinie. - Były, czy też nie?

-  Nie wiem, ponieważ nie znam swoich biologicznych rodziców,   

    dziadków.... - to prawdziwa ale uwierz mi, bardzo trudna do   

    wypowiedzenia odpowiedź.  Musisz jej jednak udzielić.

On uświadomił jej, że trzeba to publicznie powiedzieć, tak jak publicznie wyznajesz akt wiary będąc chrześcijaninem.

- Zobacz - powiedział – To są drzwi, za którymi jest wszystko to, co  

   cię boli. Zamknij je za sobą na zawsze. Dobrze?

   Przed sobą masz nowy, piękny świat. Podziękuj za to Bogu. Uczyniła tak i jest mu za to bardzo wdzięczna, ponieważ odczuła zwrot w stosunkach z ludźmi. Nie widzi wokół siebie zagadkowych spojrzeń, dziwnych uśmieszków. Wyrazem jej podziękowania za to wszystko jest troska o niego. Może czasami przesadna, ale co zrobić? To cała jej natura.

       Anna rozejrzała się dookoła siebie. Faktycznie, nie widzi nigdzie Dawida i Edwarda, nie ma również Elżbiety. Do jej uszu dotarło wołanie: - Wojtuś! Wojtuś! – to na przemian Dawid junior z małżonką  poszukiwali w tłumie synka.

-         Co za zamieszanie? Wszyscy gdzieś znikają – pomyślała przez chwilę Anna - Nie dziwię się jednemu dziecku, że się zawieruszyło, ale gdzie się podziała trójka dorosłych? – ledwo wypowiedziała w myśli to pytanie a po chwili Edward i Elżbieta z Wojtusiem weszli do holu głównego.

Zauważyli ich  rodzice Wojtka i szybko udali się w ich stronę.

W tej chwili Anna uświadomiła sobie na poważnie, że Dawid jest nieobecny. Cała piątka zbliżała się do niej i mogła wyraźnie usłyszeć teraz dialog prawnuczka z jego rodzicami.

-         Uspokój się Wojtusiu, dziadek na pewno poszedł gdzieś trochę odpocząć. Najlepiej jakbyś w ogóle dał mu już dzisiaj spokój, bo go zamęczysz – tłumaczyła dobitnie mama, ale Wojtek nie dawał za wygraną.

-         Nie zamęczę, nie zamęczę. Ja chcę do dziadziusia! – odparło

      z płaczem  dziecko.

 

13

 

-         Dobrze Wojtek. Tata obiecuje ci, że zaraz się dowie gdzie jest dziadziuś i powie tobie. Tak? - złożył stanowczą obietnicę swojemu synkowi Dawid Junior.

-         Tak – odparł Wojtek.

-         No to teraz zaopiekuj się przez chwilę mamą i babcią Anią dopóki nie wrócę. Dobrze?

-         Dobrze.

                  Dawid Junior Mazowiecki jest synem Wojciecha Mazowieckiego, młodszego syna Dawida Seniora i pierwszym wnukiem Dawida Seniora.

Wojciech zadecydował, że jego pierworodny syn otrzyma imię po dziadku, tak jak w tradycji tego rodu bywało. Stąd mamy też i Wojtka Juniora. Przechodząc przez salon wypatrzył ojca.

Podszedł do niego i zapytał:

-         Tata nie wie gdzie jest dziadek? Wojtek się uparł i muszę go

      odnaleźć. A tak poza tym, to faktycznie może trzeba byłoby  

     zapytać go czy chce trochę odpocząć a może położyć się.

-         Nie synu. Nie wiem. Tylu tu dzisiaj ludzi, że nie wiadomo gdzie, kto i z kim może w danej chwili być. Ale masz rację. Dla dziadka to mogło być zbyt męczące a poza tym wiesz jak on wszystko przeżywa. Chodźmy! Razem pewnie prędzej go odnajdziemy a jakby co, to ja się nim zajmę, bo jak Wojtek jest taki marudny to pewnie potrzebujecie położyć go spać. Lepiej więc jakbyś pomógł Małgosi bo sama może sobie z nim nie dać rady.

W tym czasie Leon i Helena Mazowieccy zajęci byli rozmową ze stryjem  Janem.

Jan Mazowiecki jest pierworodnym synem Dawida Mazowieckiego Seniora. „Fachowcy” od stwierdzania podobieństw dzieci do rodziców określają często podobieństwo przez porównanie do dwóch kropli wody. Tak właśnie można określić podobieństwo Jana do ojca (tak samo w przypadku Wojciecha do matki).

Wzrostem jednak przewyższał on ojca i to dość znacznie.

Jego sportową sylwetkę rzeźbiły w młodzieńczych latach treningi najpierw w piłkarskiej drużynie trampkarzy, później juniorów a w trakcie studiów treningi na pływalni – był wielokrotnym mistrzem uczelni w pływaniu, zdobył też srebrny medal na uniwersjadzie.

 

14

 

Krótko przystrzyżone blond włosy, niebieskie oczy, okulary w delikatnej, pozłacanej oprawie dodające powagi, duże, ładne usta, spokój i opanowanie miękko i delikatnie wyrysowane na twarzy – to portret zewnętrzny Jana.

A wewnętrzny? Subtelnie, delikatnie malowane rysy smutku, od wnętrza stanowiły głębokie, nie gojące się rany - bruzdy, które pozostaną widocznymi do końca życia bliznami.

Był taki szczęśliwy! Błyskawiczna kariera naukowa zwieńczona kilkakrotnie prestiżowymi nagrodami, tytułami, gratyfikacjami pieniężnymi, dała mu bardzo szybko niezależność finansową.

Pomagał troskliwie młodszemu bratu Wojciechowi w czasie jego studiów a na zakończenie zrobił mu piękny prezent. Żebyście zobaczyli radosną minę Wojciecha kiedy wychodząc z gmachu uczelni po obronieniu pracy magisterskiej natknął się na stojącą przed wejściem Hondę CBR 1100 XX i kiedy Jan wręczając jemu kluczyki  i dowód rejestracyjny  powiedział:

-         Jest twoja brat! Sorry! Panie magistrze!

Może nie zawsze między braćmi była jednomyślność, ale dorastając, pozostawali wobec siebie w coraz większym szacunku i miłości.

To uczucie wynieśli obydwaj z domu rodzinnego. Czuli miłość rodziców na każdym kroku, w chwilach dobrych i złych, bez różnicy. Cieszyli się nawzajem z dokonań, osiągnięć.

Jan bardzo przeżywał ożenek Wojciecha i narodziny jego synów a swoich bratanków – Dawida Juniora i Leona. I chyba w tym momencie pomyślał dopiero o sobie i o założeniu swojej rodziny. Dotychczas znajomi nie raz już go swatali.

- Wykształcony, niezależny finansowo, wysoka kultura osobista, 

  grzeczny, odpowiedzialny, przystojny, taka partia  i sam, bez  

  kobiety?! – dziwili się.

Przyszedł czas, kiedy Jan poznał Aleksandrę. Pokochali się do szaleństwa. Przepiękny ślub. Cała rodzina i przyjaciele biorący udział w tej ceremonii byli oczarowani młodą parą.

Ich apartament tonął codziennie w kwiatach.

A kiedy przyszła na świat Anna, radości nie było końca.

Dawid i Anna byli szczęśliwymi dziadkami. Dwóch dorodnych wnuków i prześliczna wnuczka.

 

15

 

Pierwszy ząbek Aniusi, jej pierwsze kroki,  pierwszy tort urodzinowy, pierwsze słowa, pierwsze... co by nie było, tym wszystkim byli bardzo podekscytowani.

Leoś i Dawidek jako starsi o kilka lat bracia, byli dumni ze swojej młodszej siostrzyczki. Dziadek rozpieszczał ją prezentami. Na siódme urodziny na przykład, podarował jej kucyka. Bajka, sielanka.

          Lecz przyszedł dzień, który wszystko zmienił w ich życiu.

Ola zachorowała. Z początku nic niepokojącego się nie działo.

Jednak dalsze diagnozowanie oparte na wnikliwych badaniach potwierdziło, co najgorsze – cancer. Wszystkie światowe kontakty medyczne, pieniądze..... nic to.

Dzień po dniu Oleńka odchodziła od nich.

-         Dlaczego?! Dlaczego?! Dlaczego?!... – padało rozpaczliwe pytanie Jana.

Po śmierci Aleksandry Jan nie mógł długo odnaleźć się.

Tylko ojciec przyjął ze spokojem i pokorą tą sytuację.

Nie wiedział jeszcze, co Bóg chciał przez to powiedzieć, ale jego głębokie przekonanie, że Bóg podejmuje jedynie słuszne decyzje, pozwoliło mu zaakceptować to bolesne wydarzenie.

    Kilka miesięcy po tym, Anna rozpoczęła naukę w gimnazjum prowadzonym przez siostry zakonne. Po ukończeniu gimnazjum, kontynuowała naukę w liceum prowadzonym również przez wspomniany zakon sióstr. Teraz jest studentką historii sztuki w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Piękno i wzór cnót w każdym calu. Dobroduszność i dobroć. Skromność i maniery godne księżniczki. Moc pozytywnego myślenia i energii. Zawsze głosząca dobrą nowinę.

Wszyscy kochali Annę. Leon i Helena również. Nie mieli oni swoich dzieci, ale otoczeni byli dziećmi. Poświęcili swoje życie na rzecz dzieci porzuconych, niechcianych, sierot. Mimo, że byli mocno zajęci prowadzeniem założonej przez siebie fundacji i Domu małego dziecka, oddawali Annie bardzo chętnie każdy wolny czas.

-   Dziękujemy stryjowi  za ostatnią książkę – powiedziała Helena po 

    czym, mocno wspiąwszy się na palcach, ucałowała Jana w policzek.-  Jest wspaniała. Znów otworzyłeś mi oczy na wiele spraw, koło których chodziłam i nie zauważałam ich a były takie oczywiste.

 

16

 

-  Widzę tam jak zwykle ciebie i twoje życie. Dlatego wiem, że to, co tam jest zawarte jest receptą dla wielu ludzi.

    Chociażby stwierdzenie: „ Gdy wydaje ci się, że wszystko straciłeś, nie widzisz sensu dalszego życia - zadajesz sobie ból niepotrzebnie, ponieważ nie wiesz, że masz zawsze więcej do stracenia niż to co straciłeś.”

To prawda. Każdy z nas przechodził przez jakiś problem, który wydawał mu się nie do przejścia i miał wrażenie, że świat się zawalił i nie ma po co żyć.

             W oczach Jana zakręciły się łzy. Za każdym razem zaskakiwały go recenzje jego książek.

Pisząc swoje książki, nie myślał, że wzbudzi nimi takie reakcje.

Że każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Często otrzymywał korespondencje, w których opisywane były tak osobiste przeżycia, że ogarniało go prawdziwie przeogromne wzruszenie.

-         Wiesz, kto to, co zacytowałaś powiedział? – zapytał Jan Helenę. – Twój dziadek Dawid. On to powiedział do mnie, kiedy zmarła Oleńka. Nie od razu przyjąłem to stwierdzenie. Z początku byłem nawet trochę zły na niego za to. Z czasem jednak zrozumiałem, że jest to wielka myśl, pełna sensu. Mam przecież Anię, rodzinę. Jesteśmy zdrowi. Otaczają nas przyjaciele i jest ich coraz więcej. Teraz mogę mu za to podziękować.

-         Chodźmy więc razem do niego! – to powiedziawszy, Helena wzięła wuja i Leona „pod rękę” i udali się na poszukiwanie Dawida Seniora.

                  Dziesiątki telegramów, listów z całego świata przyniósł dzisiaj miejscowy listonosz Tadeusz Ziarkowski. Jak zwykle tryskający humorem. Czuł się bardzo swobodnie, ponieważ taką miał naturę a na dodatek pracując już ponad trzydzieści lat w tym zawodzie i cały czas będąc zatrudniony w miejscowym Urzędzie pocztowym, znał doskonale wszystkich odbiorców przesyłek. Każdej wręczanej przez niego przesyłce towarzyszył zabarwiony humorem komentarz. Gdy mijał ludzi, jadąc służbowym  rowerem, nawet, gdy nic nie było do nich tego dnia w poczcie, również komentował z wielką swadą ten fakt, podając czasami zmyśloną z powietrza domniemaną przyczynę braku przesyłki.

 

17

 

Wszyscy lubili miejscowego listonosza, bo nawet najsmutniejszej treści telegram potrafił odpowiednio przekazać, pocieszając przy tym. Znał jak niewielu wszystkie koligacje rodzinne Mazowieckich.

Jeśli chodzi o pocztę, wiedział, że to domena Anny Mazowieckiej nazywanej przez niego pieszczotliwie „Panią  Babcią”.

To w jej ręce właśnie zawsze przekazywał  pocztę. 

Anna  znała  skłonność listonosza do kieliszka,  dlatego  bez zapytania i namysłu szybko napełniła kryształową szklaneczkę „Jasiem wędrowniczkiem” , paroma kostkami lodu i podała ją panu Tadeuszowi, który nie omieszkał skomentować:

-         Jak Pani wie, nigdy na służbie. Ale teraz właśnie rozniosłem ostatnią pocztę, więc jestem po pracy, znakiem czego nie mogę odmówić szanownej pani wypicia z nią toastu z okazji dzisiejszych uroczystości.

To powiedziawszy, natychmiast przechylił szklaneczkę, wlewając w siebie prawie całą jej zawartość, oprócz lodu, który zatrzymał się na jego zębach.

-         Wyborna szkocka! Nie odmówię „Pani Babci” jeszcze jednej szklaneczki, bo to, prawda, i okazji dzisiaj tak wiele, że nie mogę się powstrzymać od kolejnego toastu.

Nie zdziwiło to Anny Mazowieckiej. Wiedziała, że jak go poczęstuje „kieliszeczkiem”, to na jednej szklaneczce się nie skończy i podała  bez zastanowienia następną.

Nie pomyślała tylko, że listonosz jest gadatliwy a po „kieliszku”?

       Zajrzyjmy  więc tymczasem do korespondencji.

                

                Telegram adresowany do Dawida Mazowieckiego Seniora.

 

„Istnieją anioły wśród nas

czynią cuda, sami o tym nie wiedząc”

- jest pan Aniołem Dawidzie.

Dla mnie i dla wielu innych osób pewnie też.

Wskazuje pan drogę...,

uczy marzyć i wierzyć w marzenia...

Z modlitwą i najlepszymi życzeniami

                                                            Emilia Baranowska

 

18

 

                  Telegram do Jana Mazowieckiego.

 

Ofiarowałeś mi drogi Janie książkę,

która obudziła mnie ze snu.

Znalazłem w niej swój drogowskaz, którym podążyłem

i jestem szczęśliwy.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

                                                         Marek Wojtkowski

 

List do Dawida Mazowieckiego Seniora od ( ? ) Dawida Mazowieckiego Seniora ( ! ), nadany ... ( ! ) pięć lat temu.

                              

 Jak się masz Dawidzie?

Znów napisałem do ciebie list z przyszłości.

Otwierasz go po upływie pięciu lat od momentu, kiedy pomyślałeś o tym dniu. Nie tyle o dacie, ile o tym, co fizycznie zobaczysz z tego, co powstało jako wizja w czasie, kiedy pisałem ten list.

        Jakie są  więc dzisiaj obrazy przed twoimi oczami? 

        Widzisz swoją rodzinę dalej razem, zespoloną nierozerwalnie nie tylko więzami krwi, ale również miłością wzajemną i ideą miłosierdzia bożego?

Jak wiele rodzin wokół was skupionych jest dzisiaj tak samo szczęśliwych za twoją i waszą sprawą?

Wierzę, że jest ich wiele. I Bukowscy, i Kołakowscy, i Bielscy,

i Baranowscy, i ...

Spójrz! Czy tak nie jest?

          Dziś, nie ma spraw nie załatwionych. Plan wykonany. Wszystkie sprawy doprowadzone są do końca.

Czujesz prawdziwą ulgę. Prawda?

Możesz nareszcie trochę odpocząć.

Trochę tak dziwnie? Normalnie, zawsze są jakieś problemy do rozwiązania.

Marzyłeś o takim dniu jak dziś, więc nie przejmuj się niczym.

Niech inni trochę popracują!

           Coś cię jednak dręczy? Coś, co jest ponad twoje siły!

Z czym sobie nie dałeś rady? Co cię niepokoi? Jaka to myśl?

 

19

 

Czy to, że dalej otacza nas wcale nie mniej chamstwa, zawiści, zazdrości, podłości, nikczemności, prostactwa, cwaniactwa, chciwości,   bandytyzmu i terroryzmu?!

Z tym nie radzą sobie nawet mocarstwowe rządy!

Tutaj potrzebna byłaby szczepionka, która zmieniłaby kod genetyczny ludzkości, ponieważ (Rdz 8.21) „...usposobienie człowieka jest złe już od młodości (poczęcia, stworzenia – przyp. D.Sz.) jego”.

              Jakie plany na najbliższą pięcio - , dziesięciolatkę?

Co widzisz w dalszej przyszłości?

Rodzina - Pomyślność jej rozwoju. Pielęgnowanie tradycji. Bezpieczeństwo prawnuków.

Inni ludzie - Utrzymywanie pokoleniowych więzi w przyjaźni.

Pomoc potrzebującym pomocy. Szczodrobliwość. Miłosierdzie.

Ty sam - Nigdy nie potrzebowałeś wiele. Starczało ci kłopotów

 i trosk innych. Pewnie nie zmienią się twoje reakcje wobec otaczającego cię świata. Nie powstrzymam cię przed podejmowaniem nowych wyzwań, bo wiem, że to tkwi w twojej naturze.

             Powodzenia więc i dużo zdrowia.

                                                                   Dawid Mazowiecki Sr

 

Telegram adresowany do Anny Mazowieckiej.

 

Kochana Pani Anno,

w dniu Pani święta życzymy Pani dużo, dużo zdrowia

i szczęścia i żeby Bóg dał Pani życie wieczne

bo my się o to modlimy codziennie.

                                       Józef i Katarzyna Nowak oraz Adaś

PS.

Adaś po przeszczepie czuje się bardzo dobrze.

 

 

         Anna Mazowiecka bardzo przeżyła śmierć Oli i podjęła postanowienie, że każdego roku ofiarować będzie dla Kliniki Małego Dziecka znaczną kwotę z przeznaczeniem na sprzęt dla ratowania życia lub zabiegi operacyjne u dzieci, których rodziców nie stać na ich sfinansowanie.

 

20

 

Otrzymuje więc często listy, kartki od rodziców, od dzieci z  podziękowaniami  za ofiarność. Również i za serce i nadzieje, które zostawia bardzo często wizytując chorych.

         Kim są nadawcy  dzisiejszych  telegramów, listów?

Osobami znanymi i nieznanymi. Tymi ze „szczytów” i tymi, którzy rozpoczynają kariery.

Każdy z nich jednak zetknął się w jakiś sposób z kimś z rodziny Mazowieckich. Wiadomo, skoro ktoś pisze.

Tak. Ale zawsze była to znajomość szczególna. Znajomość, która spowodowała w każdym z nich coś szczególnego właśnie.

Na przykład podjęcie ważnych, życiowych decyzji, które doprowadziły ich do sukcesu, do czegokolwiek, o czym wcześniej często nawet nie ośmielali się marzyć.

Znajomość zawarta w trudnych życiowych sytuacjach, wymagających pomocy ze strony osób trzecich, która wydatnie przyczyniła się do poprawy ich losu.

Piszą znajomi i przyjaciele. Wśród nich: senator Janusz Bielski, mecenas Podborski, starosta Niziński, oraz inni urzędnicy państwowi i samorządowi, przedsiębiorcy, znani artyści.

Każdy z nich ma swoją historię nierozerwalnie związaną z Mazowieckimi.

-         Domyślam się, że ma pan dziś trochę korespondencji dla nas - powiedziała Anna Mazowiecka do listonosza w sposób jednoznaczny i z lekkim uśmiechem.

-         Ah! Oczywiście! Nie mówiłem, że mam jej dzisiaj wyjątkowo dużo ?

-         ?

-         A wydawało mi się, że na samym wstępie oznajmiłem to dobrodziejce. Proszę, proszę bardzo i już uciekam.

      Proszę przyjąć i od listonosza najlepsze życzenia pomyślności  

      wszelkiej  i dobrego zdrowia dla szanownej pani, małżonka –

      pana Dawida i całej rodziny – to wypowiedziawszy cmoknął 

      kilkakrotnie dłoń pani Anny i oddalił się nie za szybko,  bo 

      rozglądając się za jeszcze jedną szklaneczką na odchodne, którą

      oczywiście szybko był wypatrzył.

 

21

 

Anna Mazowiecka udała się z pokaźną garścią korespondencji do biblioteki, aby w spokoju posegregować ją według odbiorców, tak, aby jak najszybciej przekazać im ją do rąk własnych.

Najwięcej listów i telegramów adresowanych było do jej męża Dawida Mazowieckiego. Postanowiławięc przekazać je jemu, w pierwszej kolejności.

-         Zaraz, ale gdzie jest Dawid? Jeszcze przed chwilą zdaje mi się ktoś go usilnie poszukiwał? – zapytała siebie w myślach.

Poczuła się dziwnie zaniepokojona, uświadamiając sobie, że nie zna odpowiedzi na to pytanie.

Wychodząc z biblioteki natknęła się jak w sam raz na Henryka, który po powrocie z „Zakątka” dziwnie nie mógł sobie znaleźć miejsca.

Podświadomość nakazała jemu poinformować Annę  Mazowiecką o fakcie odwiezienia jej małżonka do dworku, jak również o  obserwacjach jakie poczynił w trakcie jazdy.

-         O! Henryk!

-         Dzień dobry pani.

-         Dzień dobry Henryku – odrzekła podając dłoń na przywitanie – pomyślałam w tej chwili o Dawidzie, ponieważ mam tu dla niego wiele listów...

-         Zawiozłem pana Dawida do „Zakątka” – odpowiedział natychmiast Henryk – pozwoliłem sobie właśnie, czym prędzej Panią poinformować, ponieważ mam przeczucie, że coś jest nie tak z Panem.

-         Pojedźmy zatem szybko do niego Henryku! – odrzekła zdecydowanie i udali się w stronę wyjścia.

 

Ciepłe, jaśniejące drgającym światłem płomieni wydobywającym się z kominka wnętrze saloniku „kominkowego” w „Zakątku”, to rozbłyska, to gaśnie  półmrokiem panującym poza światłem ognia.

Skwierczą smolne szczapy i od czasu do czasu strzelają iskrami.

W głuchej ciszy salonu słychać momentami potęgujący się szum spalin w gardzieli czopucha i świst wpadającego do komory spalania powietrza.

 

22

 

    Płomień – jeden z symboli życia – tak jak ono rozpala się i gaśnie.

I musi być ktoś, dzięki komu i dla kogo podtrzymywany jest jego żar. Blaskiem na licu swojego opiekuna, ogień odwdzięcza się za istnienie, czyniąc go dostojnym, interesującym, w zadumaniu mądrym.

        Jak  teraz,  kiedy rozświetlił postać Dawida siedzącego w fotelu i wspartego  na miękkich podłokietnikach z dłońmi złożonymi w koszyczek.

Spokojna twarz bez grymasu, zarumieniony policzek, na którym widać ślad łzy – zaschnięty.

Ostatniej łzy.

 

23

                                  

                                    ostatnia łza

 

 

czy widzisz to

co patrząc ponad głowy

tak chciałeś zobaczyć

w scenerii mrocznej

choć nie do końca smutnej

słowa nie padają

                       tylko

ostatnia łza

przeciska się pomiędzy przyjacioły twemi

tak chciałeś

słuchając

na trio wspaniałe czekasz

zawsze wtedy

w gardle serce tkwiło

i dusza kanonem brzmiała

tak wielka jaką ją miałeś

i wszędzie słyszysz tę muzykę

tak chciałeś

nie płaczcie

nie robi się przykrości jemu

w dniu takim

niech wybrzmiewa cisza

nie przerywajcie jej

rozbijając o wieko grudy ziemi